Rozszerzanie diety Maluszka

0

Rozszerzanie diety to jeden z kamieni milowych, a zarazem niemały dylemat dla rodziców. Od czego zacząć, w jakiej ilości? Przeszukałam mnóstwo stron internetowych, rozmawiałam też z doradcą laktacyjnym, z którą opracowałam schemat, głównie podyktowany podatnością Pierworodnego na alergie. Wiedziałam już, że jest uczulony na mleko i pochodne, jajka i ryby, bo po zjedzeniu tych produktów przeze mnie, dostawał wzdęcia, czasem wysypkę i biegunkę.

Polecam również zapoznać się z tematem BLW. Uważam tę metodę żywienia dzieci za rewelacyjną, jednak nie zdecydowałam się na jej wprowadzenie od początku, ze względu na możliwość zachłyśnięcia jedzeniem (panicznie się tego boję!). Kiedy synek miał około roczku zaczęłam podawać mu coraz większe kawałki jedzenia do rączki i teraz świetnie sobie z tym radzi, jednak na etapie początkowym tak łapczywie pochłaniał jedzenie, że wolałam jednak papki.

Kiedy zacząć?

Dzieci karmione piersią rozpoczynają swoją przygodę z nowymi smakami po skończonym 6 miesiącu. Synek już bardzo się domagał jedzenia, gdy tylko widział, że coś jemy mlaskał i próbował wyrwać z ręki sztućce ;)

Od czego zacząć?

Najpierw węglowodany, które będą bazą dla kolejnych posiłków:  kaszka ryżowa, jaglana, gryczana, kukurydziana (bezglutenowe).

W jakiej ilości?

Od 3 do 5 łyżeczek, około godzinę po karmieniu piersią, stopniowo zwiększając rozmiar posiłku do 150 gram.

 

W praktyce wyglądało to następująco:

Przez 3 dni podawałam kaszkę ryżową przygotowaną na wodzie (można na mleku kobiecym) i obserwowałam, czy nic się nie dzieje. Kolejne 3 dni z kaszką kukurydzianą, następne z kaszą jaglaną, a następne 3 dni z kaszą gryczaną. Sposób przyrządzenia: ugotowałam kaszę w wodzie i zblendowałam.

Nic się nie wydarzyło, więc do kolejnej kaszki dodałam pół łyżeczki glutenu w postaci kaszki mannej (o wprowadzeniu glutenu do diety maluszka odsyłam na blog hafija.pl, gdzie w sposób bardzo rzeczowy i konkretny potraktowano temat – tu dowiecie się m.in. że jednak nie ma znaczenia, kiedy dokładnie gluten zostanie wprowadzony, że wczesne jego podanie nie chroni w przyszłości przed celiakią, jak mylnie zakładano. Skoro tak, nie do każdej kaszki podawałam ów gluten, tylko np. 3 razy w tygodniu w postaci tej pół łyżeczki).

Schemat wprowadzania posiłków jest następujący:

rozszerzanie diety Maluszka

rozszerzanie diety Maluszka

  • 3 dni kaszka ryżowa (na wodzie lub mleku kobiecym) – użyłam kleiku ryżowego błyskawicznego.
  • 3 dni kaszka kukurydziana (również błyskawiczna)
  • 3 dni kaszka jaglana (ugotowana w wodzie i zblendowana)
  • 3 dni kasza gryczana (ugotowana w wodzie i zblendowana)
  • 3 dni kasza jęczmienna (ugotowana w wodzie i zblendowana)
  • Kolejne 5 dni kleik lub kaszka ( nadal 3-5 łyżeczek) z dodatkiem kaszki manny (pół łyżeczki).

Jeśli już z obserwacji wynika, że uczulenie nie występuje, wprowadzamy warzywka z listy poniżej, pamiętając o tym, aby dodać do posiłku kilka kropel tłuszczu w postaci oliwy z oliwek, oleju rzepakowego bądź oleju lnianego:

  • Marchew,
  • Ziemniaki
  • Brokuł
  • Dynia,
  • Kalafior,
  • Szpinak,
  • Kukurydza,
  • Cukinia,
  • Por, pietruszka (korzeń)

Nie trzeba też łączyć koniecznie kaszki z warzywem, można łączyć wypróbowane i sprawdzone już warzywa np. marchewka z ziemniaczkiem i brokułem, a także dołączyć przyprawy, co by nasz maluch miał odrobinę szaleństwa pod podniebieniem: koperek, tymianek, majeranek, bazylia i oregano, kurkuma i pieprz.

Stopniowo można zwiększać porcje, do max 150 gram na posiłek.

Kolejny etap to wprowadzanie owoców. Pierwsze słodkości dla maluszka to:

  • Jabłko,
  • Gruszka,
  • Banan,
  • Śliwki suszone (polecane zwłaszcza w czasie zatwardzeń!)
  • Morela,
  • Jagody ( a te dobre przy biegunkach),
  • Melon i avocado,

Podawałam je w podobnym schemacie, dodając utarte, zazwyczaj ugotowane, do którejś z kasz przez 3 kolejne dni, z tym, że nie wprowadziłam wszystkich owoców w jednym miesiącu, co by nie zniechęcić synka do warzyw (jakby się przez miesiąc przyzwyczaił do słodkich owoców, to brokuła by nie ruszył :lol: ) – stosowałam schemat 3 dni owoce z kaszką, następne 3 dni kaszka bądź ziemniak z warzywami i tak na zmianę.

Tym sposobem po miesiącu od wprowadzenia, kiedy synek zaczynał 8 miesiąc zastąpiłam jeden posiłek 150 g obiadku stałego, a po kolejnym miesiącu miał drugi dodatkowy posiłek poza mleczkiem mamy w postaci samego startego owocu lub soczku owocowego.

Mam nadzieję, że Wy również skorzystacie z mojego kalendarza. Smacznego życzę małym brzuszkom :-)

 

 

Sprzedałam Mutsy Transportera (zachęcam do przeczytania opinii o nim) głównie ze względu na małą budkę. Poszukując godnego zastępcy skupiłam się głównie na wózkach, w których buda rozkłada się na tyle , aby zasłoniła Pierworodnego przed słońcem. Wbrew pozorom nie ma zbyt dużego wyboru spośród dostępnych na rynku spacerówek. Wiedziałam, że nie chce również pojazdów typu „parasolka”, które wydają mi się niewygodne dla dziecka, jednak istotne były wymiary po złożeniu. Oglądałam, dotykałam mnóstwo spacerówek , które za każdym razem porównywałam do Camarelo Eosa – nowość na rynku polskiej produkcji, o ciekawym designie. Wózek waży niecałe 10 kg, ma pompowane koła, a tylko  59 cm szerokości i ogromną budę! A do tego występuje w wielu kolorach. Zakupiliśmy zatem ten w kolorze szaro-żółtym:

camarelo

camarelo

Plusy:

  • Cena – jak na nowy wózek cena niewygórowana – około 600 zł.
  • Buda – faktycznie obszerna, łatwa regulacja poprzez pociągnięcie za przód i tu także plus – materiał z przodu to Eko skóra, którą można łatwo przetrzeć. Tył budki można odpiąć i zapewnić przewiew (nie próbowałam, ale jest), a do tego okienko u góry, przez które można obserwować dziecko.
  • Regulacja oparcia – możliwość całkowitego rozłożenia jak i opcja typowo siedząca.
  • Pompowane koła i dobre amortyzatory – faktycznie na wybojach dziecko praktycznie tego nie odczuwa.
  • Przednie koła skrętne = łatwiejsze sterowanie wózkiem.
  • Ciekawy design – bogata kolorystyka, rączka obszyta eko skórą, tak jak i pałąk przedni. Szary stelaż.
  • Dość pojemny kosz, wysoko osadzony (nie szoruje po chodnikach).
  • Na rączce zamontowane uchwyty do zawieszenia torby.
  • Rączka regulowana.
  • Odpinane elementy – koła, pałąk – przez co wózek może być złożony do naprawdę małych rozmiarów (jak na wózek tego typu z pompowanymi kołami).

 

Niestety to koniec plusów…

 

Minusy:

  • Stelaż trzeszczy już po kilku tygodniach – te plastikowe elementy, amortyzatory piszczą np. na schodach
  • Przednie koła się blokują.
  • Pasy koszmarne – plączą się same z siebie, a do tego łatwo się z nich wyplątać…
  • Siedzisko w prawdzie regulowane, jednak za pomocą uchwytu z tyłu (4- stopniowa regulacja poprzez drabinkowe opuszczanie) – jednak znacznie lepsze są takie na taśmie, co gwarantuje bardziej płynne opuszczanie siedziska.
  • Przy opuszczeniu oparcia na płasko utrudniony dostęp do kosza.
  • Koła można pompować tylko do 0,6 bara, co powoduje, że łatwo dętkę przebić (udało się już przy pierwszym pompowaniu). Problem również z dostępem do wentyli zwłaszcza przy przednich kołach.
  • Przy zaciąganiu budy do jak najniższego poziomu po bokach odpinają się rzepy i tworzą się przestrzenie, które w zimie mogą wpuszczać powietrze i tworzyć przeciągi…
  • Hamulec nożny (tu plus), ale niezbyt wytrzymały (synek był w stanie przepchnąć wózek zablokowany przez pokój)
  • Pałąk zamontowany dość nisko, więc przy większym dziecku utrudnione wkładanie do spacerówki, a przy mniejszym niebezpieczeństwo wypadnięcia.
  • Materiał łatwo się brudzi (czyściłam wózek praktycznie po każdym spacerze, aby uniknąć plam – już więcej nie kupię jasnego!). Zatem jeśli już, polecam kupić jakiś z ciemnymi grafitowymi wstawkami na siedzisku.
  • Brak folii przeciwdeszczowej w zestawie.

 

Pozbyłam się wózka po 3 miesiącach głównie ze względu na trzeszczenie (obawiałam się, że będzie tylko gorzej). Wózek naoliwiłam, nie zamókł, a plastikowe elementy skrzypiały przy każdym większym uskoku na chodniku, nie wspominając o schodach… Mój Mutsy tak się nie zachowywał po dwóch latach użytkowania. Jednak szalę goryczy przelały pasy. Niby poprawnie je zapięłam, ciasno, a tu pewnego dnia synek stoi (!!!) na siedzisku. Pierworodny po kilku miesiącach podróżowania tyłem do kierunku jazdy nagle zapragnął patrzeć na matkę i od momentu, gdy wyczaił, że może się uwolnić z pasów, notorycznie obracał się w moją stronę. Udawało mi się nad tym panować mniej lub bardziej (co nie było łatwe), jednak opiekunka (starsza osoba) przychodziła ze spacerów niemal niczym strzępek nerwów. Trzeba było zatem wózek sprzedać i kupić inny…

Reasumując wózek oceniam na 6/10. 

Stosunek ceny do jakości jest właściwy. Chyba miałam zbyt wygórowane oczekiwania co do nowego wózka. Gdyby można było przekładać siedzisko, to możliwe, że pasy nie byłyby takim minusem. Jednak jakość wykonania faktycznie wskazuje na to, że jest to wózek raczej ze średniej półki. Nie wiem jak by się zachowywał za rok czy dwa – po tych trzech miesiącach użytkowania skrzypiał bardziej niż Mutsy, który użytkowałam rok, a był wózkiem z drugiej ręki.

A zatem jak na razie 1:0 dla wózków używanych. (Pamiętajcie o przysłowiu: lepiej kupić używany z wyższej półki, niż nowy z niższej). Kupiliśmy Maxi Cosi Elea (używany) – opinia wkrótce.

Ileż to razy szukałam opinii na temat tego czy warto kupić daną rzecz czy nie i przekonałam się, że najlepsze są opinie napisane na blogach przez rodziców – testerów :-)

I tym samym postanowiłam dołączyć do zaszczytnego grona opiniaczy.

Piszę to co myślę, nikt mi za to nie płaci (narazie ;) ) , są to moje sugestywne opinie. Zatem do dzieła!

Oto nasz pierwszy wózek – Mutsy Transporter w kolorze czarnym, zakupiony z drugiej ręki, model 2 w 1, ze śpiworkiem i folią przeciwdeszczową, do którego dokupiliśmy fotelik Maxi Cosi Cabriofix  (również używany, koszt 210 zł) – i już tutaj ogromny plus za możliwość podczepienia fotelika do stelażu – opcja niezwykle przydatna w czasie krótkich wypadów np. do sklepu, bo nie jest wskazane, aby Maluszek zbyt długo przebywał w takiej pozycji. Zakupiliśmy wózek na kołach piankowych, na zimę dokupiłam jednak używane duże koła pompowane, gdyż obawiałam się śniegu (koszt 90 zł). Do zestawu kupiłam także czarną torbę firmy Edisa – koszt 60 zł.

Za sam wózek zapłaciliśmy 500 zł – z duszą na ramieniu oczekiwałam na niego, bo nie widziałąm go przed zakupem, ale okazało się, że jak na używany model wygląda świetnie – jedynym minusem był przetarty materiał na koszu. Oddałam kosz do kaletnika, który przyszył mi bardzo wytrzymały materiał z obu stron kosza. Wyglądało to bardzo profesjonalnie.

Sumując koszty, za zestaw 3 w 1 ze wszystkimi akcesoriami zapłaciliśmy: 860 zł. Nowy zestaw z akcesoriami to koszt około 2800 zł.

wózek mutsy transporter

wózek mutsy transporter

 

 

A teraz po kolei.

Gondola.

Plusy:

  • Jest długa, ma 84 cm – Pierworodny przejeździł w niej całą zimę. Mając 8 miesięcy i 74 cm jeszcze w niej podróżował, fakt, że z podkurczonymi nóżkami (na żabkę), ale za to było mu cieplutko. Producent informuje, że jest przewidziana do wagi 9 kg.
  • Kolor i materiał – z zewnątrz czarny, niebrudzący materiał sprawdza się w każdych warunkach. Możliwe, że na upał nie jest to najlepszy wybór, jednak przecież nie wyjeżdża się z dzieckiem w skwar. Wewnątrz biały materiał na budce (ten akurat troszkę z czasem żółknie), zdejmowana wkładka, również biała, zaczepiana na rzep, którą można wyprać.
  • Uchwyt na pałąku na budzie, za który w łatwy sposób można gondolę przenieść.
  • Malutkie kieszonki z przodu na drobiazgi – klucze, chusteczki higieniczne itp.

Minusy:

  • Buda – mogłaby być opuszczana bardziej ku dołowi, aby nie świeciło słońce; konieczność użycia dwóch rąk, aby ją otworzyć (przyciski po obu stronach) – aczkolwiek są to mankamenty, do których można się przyzwyczaić.

 

Stelaż:

Plusy

  • Łatwo się składa i zajmuje mało miejsca.
  • Prosty sposób montażu poszczególnych części – wpinanie na „klik”.
  • Możliwość zdemontowania kół, również „na klik”.
  • Skrętne przednie koła, z możliwością zablokowania (chyba nigdy tej funkcji nie używałam, a koła NIGDY same się nie zablokowały).
  • Możliwość zamontowania kół pompowanych – opcja przydatna na śniegu czy piasku. Latem wystarczą koła piankowe. Koła pompowane bardzo wytrzymałe, kilka razy je dopompowywaliśmy, nic się z nimi nie działo.
  • Regulowana rączka w trzech pozycjach wysokości.
  • Mocny hamulec nożny.
  • Ciekawy design – stelaż srebrny z czarnymi wstawkami.
  • Pomimo użytkowania już przez jedno dziecko, wystarczyło jedno naoliwienie kół i przez cały okres naszego użytkowania (rok) wózek ani razu nie skrzypiał.
  • Pojemny koszt na zakupy. Nośność 5 kg.
  • Lekki jak na ten typ wózka – spacerówka ze stelażem waży 11,3 kg.
  • Mozliwość zamontowania za pomocą adapterów następujących fotelików: Safe2Go, Maxi-Cosi (Pebbles, Cabriofix, Citi), Graco.

 

Minusy:

  • Na rączce piankowe zabezpieczenie, które w łatwy sposób może ulec uszkodzeniu (raz trzymając klucze w ręku i wciągając wózek udało mi się kluczem wydłubać kawałek pianki…)
  • Nisko osadzony kosz – trze się nim o podłoże przy podjedzie na chodnik, zwłaszcza jak jest załadowany.
  • Słabe amortyzatory – nie są złe, ale mogłyby być lepsze.

 

Spacerówka (limit wagowy 15 kg):

Plusy

  • Łatwy montaż spacerówki na stelażu.
  • Czarny niebrudzący materiał – wystarczyło przetrzeć gąbką i wyglądał jak nowy.
  • Zagłówek, zapobiega lataniu główki na boki przy wybojach.
  • Możliwość doczepienia śpiworka.
  • 5-punktowe pasy bezpieczeństwa.
  •  Z łatwością regulowany podnóżek i oparcie (za pomocą pasków, na taką wysokość jakiej oczekujemy, z funkcją leżenia na płasko – przydatne, gdy dziecko jeszcze nie siedzi).
  • Odczepiany pałąk bezpieczeństwa obszyty materiałem, umiejscowiony na tyle wysoko, że wózek posłuży także starszemu dziecku.

 

Minusy:

  • Brak opcji tyłem do kierunku jazdy, a przodem do rodzica. Jedynie możliwość jazdy przodem do świata, co generalnie podobało się Pierworodnemu i nie zgłaszał sprzeciwu, ale ja tę opcję wolałabym mieć.
  • Buda również bez możliwości opuszczenia jej niżej,  co w słoneczny dzień okazało by się pomocne  – jest możliwość zamontowania parasolki, jednak, jak mówią opinie w Internecie (sama nie miałam okazji sprawdzić), parasolka chwieje się i nie spełnia swojej roli.
  • Lekkim minusem jest również brak okienka w budzie, przez który można by obserwować dziecko.

 

Tutaj można znaleźć filmiki  instruktażowe od producenta:


http://mutsy.nl/plpl/service-/transporter/

 

Ogólna ocena – 8/10

Odsprzedałam cały wózek z akcesoriami i fotelikiem po roku użytkowania za 700 zł. Dlaczego? Głównie ze względu na budę, która dostatecznie nie chroniła przez słońcem, a także dlatego, że już trochę mi się znudził. Z perspektywy czasu, użytkując kolejny wózek, tym razem Camarelo EOS, o którym napiszę innym razem, widzę coraz więcej plusów Mutsy Transportera – gdyby miał dłuższą budę i przekładaną rączkę umożliwiającą jazdę w obu kierunkach byłby dla mnie wózkiem idealnym i reszta minusików by mi nie przeszkadzała, i nie zamieniłabym go na inny, chyba, że na inny kolor.

Polecam!  :lol:

O Matko!…Wariatko!

1

Na wstępie zastrzegam, że również jestem matką, może z niezbyt wielkim stażem, bo zaledwie ośmiomiesięcznym (chyba, że wliczymy jeszcze okres ciąży), ale jednak jestem, więc poniekąd napiszę też o sobie.

Czy zauważyliście niepokojący trend „hejtersów” na różnych forach/blogach? Charakterystyką takiego wirtualnego człowieka jest przede wszystkim to, że uważa iż jego racja jest najracniejsza, a wszyscy inni, a już szczególnie autor bloga czy danego wpisu się myli (delikatnie powiedziawszy). Trzeba więc takiego człowieka w błędzie uświadomić, najcześciej zmieszając go z błotem. Z przerażeniem odkryłam, że bardzo liczną grupę „hejtersów” stanowią matki – wszechwiedzące matki, które jak się okazuje mają ogromną wiedzę z pogranicza medycyny, dietetyki i pielęgnacji, fizjoterapii czy nawet chemii. Wytłumaczę może najpierw o co chodzi. Otóż natknęłam się parokrotnie na różnych „grupach wsparcia” z sytuacjami typu: pewna mama zapytuje nieświadoma zbliżającej się fali krytyki, czy ma ktoś odsprzedać chodzik, po czym otrzymuje garść epitetów pod swoim adresem, jaką to ona jest fatalną matką, że nie zdaje sobie sprawy jaką krzywdę uczyni swojemu dziecku itd. I nie są to komentarze w stylu „ja na twoim miejscu” czy „ moim zdaniem to błąd, ponieważ…” (i tu padłaby wypowiedź chociażby jakiegoś fizjoterapeuty). Inny przykład: mama pyta grzecznie, jak wyglądały przygody innych mam z sadzaniem dziecka na nocnik i w ogóle jaki nocnik wybrać. Nie dość, że nie zaproponowano jej nocnika, to jeszcze w komentarzach rozpętała się burza, bo oczywiście jedne mamy uważają, że dziecko samo zacznie siadać na nocniku jak zechce, a inne sadzają jak tylko maluch zacznie siadać. I tak oto jedne krytykują drugie. Podobnie z tematem pobierania krwi pępowinowej, szczepionek, karmienia piersią, rozszerzania diety malucha, krzesełek do jedzenia, wózków itp. I najczęściej te komentarze opierają się na wiedzy albo zaciągniętej z Internetu albo z drugiej ręki – „wiem to, bo moja znajoma, która jest lekarzem mi powiedziała” lub „mój znajomy pracował w tej firmie i odradzał kupowanie słoiczków od nich” itd. Najgorsze dla mnie jest to, w jakim tonie te mamy się wypowiadają, bo rozumiem, że chcą podzielić się swoim zdaniem, celem (chyba) pomocy drugiej mamie, tylko że odechciewa się pytać. Rzadko kiedy można znaleźć wartościowy komentarz zaczynający się od ” moim zdaniem”, „z mojego doświadczenia wynika”, a przecież drogie mamy przyznajcie same przed sobą, nie kończyłyście medycyny, aby z całym przekonaniem kategorycznie stwierdzić, że szczepionka ta jest bezpieczniejsza od tamtej. Skoro tak jest, napiszczcie „mi lekarz doradził to, bo” albo „zdecydowałam się na to, bo” i weźcie pod uwagę, że ktoś może mieć inne zdanie, co nie oznacza że się myli.

Tak wiele widzę również wpisów, że denerwują nas nasze mamy/teściowe, które uważają, że coś powinniśmy robić inaczej. One tak uważają, że mają swoje inne doświadczenia, co nie zawsze oznacza, że jeśli zrobimy tak jak sugerują będzie źle – będzie po prostu inaczej. W końcu urodziły nas i wychowały – żyjemy J czyli coś tam jednak wiedzą na ten temat. Możemy się z nimi nie zgadzać i zrobić po swojemu, tak jak możemy jeśli chcemy pomóc koleżance mamie pytającej poprzez opowiedzenie swoich doświadczeń, swoich wyborów itd.

Niepokoi mnie również fakt, że z Matką o której tu mowa trudno jest porozmawiać na inny temat niż dziecko (i to zazwyczaj chodzi o jej dziecko), tak jakby już inny temat nie istniał, a przecież jeszcze nie dawno to właśnie temat dziecka nie istniał! A do tego ciągłe porównania: „a wyszły już ząbki? Nie?! U nas już dawno wyszły” albo „mój poród był super! 3h i po sprawie” (w domyśle: nie tak jak Twój), „mój synek zasypia o 20:00” (nie tak jak Twój). Oczywiście chodzi tu o ton w jakim przebiega rozmowa i pomijamfakt  kiedy to ja pytam o coś daną mamę w celu zasięgnięcia opinii na konkretny temat.

Dlatego apeluję do Ciebie Matko Wariatko, która jesteś Kobietą, Córką, Żoną, Kochanką i Matką (w tej kolejności to następuje zazwyczaj) o odrobinę wyrozumiałości dla innych Tobie podobnych Matek. Dzielmy się wiedzą i doświadczeniem. Zatrzymajmy tę falę nienawiści ;)

Wraz z nadejściem jesieni ogarnął mnie marazm, chociaż pogoda za oknem nie była taka szaro-bura jak teraz. Na nic nie miałam czasu, a jednocześnie niewiele robiłam, poza ogarnianiem przestrzeni wokół. Nie miałam czasu, żeby tu zajrzeć choćby na chwilę, także dlatego, że FiFi zmienił sobie plan dnia i skrócił drzemki z półtoragodzinnych do półgodzinnych i zaczął wymagać ode mnie więcej uwagi. Miałam wrażenie, że każdy dzień jest podobny, a wręcz identyczny do poprzedniego. A do tego tydzień temu po raz kolejny zrobił mi się zastój przy okazji kolejnego przeziębienia (nie wiem dlaczego, ale u mnie te dwie przypadłości chodzą w parze), bolało bardzo przez trzy dni, ale w końcu doszłam so siebie. Z tego kręcenia się wokół niczym elektron wyrwała mnie wczorajsza wizyta szczepienna, a wręcz zbulwersowała mnie.

O tym, że nie jest łatwo rozpocząć rozszerzanie diety u niemowlaka wie każda początkująca mama. Zabrałam się za niego miesiąc temu, po tym jak na poprzedniej wizycie szczepiennej lekarka kazała zacząć wprowadzać gluten (FiFi miał wtedy nie skończone 5 miesięcy). Wręczyła też broszurę informacyjną z zaleceniami WHO. I już tutaj jak dla mnie pojawiają się schody, bo na jednej stronie napisano, że zaleca się wyłączne karmienie piersią do 6 miesiąca, a na drugiej stronie, żeby gluten wprowadzić najwcześniej w piątym, a najpóźniej w szóstym… hmmm… widzicie w tym logikę? A zatem umówiłam się na wizytę u mojej położnej, która jest także doradcą laktacyjnym, a ona na to, cytuję: „ta lekarka chyba oszalała!”, bo przecież FiFi jest podatny na alergię, a w takiej sytuacji nie zaczyna się od alergenów. Rozpisała mi wszystko, co w jakiej ilości i kiedy (podzielę się tym przy najbliższej okazji). I tak oczekując na ukończenie przez Pierworodnego 6 miesiąca życia (to już w tym tygodniu!) udaliśmy się wczoraj na kolejne szczepienie, a tu pediatra pyta czy wprowadziłam już żółtko (?!), na co ja, że jeszcze nic, że byłam u doradcy laktacyjnego itd., a tu pielęgniara (bo inaczej określić tego nieprzyjemnego babska nie mogę): „a kto to właściwie ten doradca jest? Dietetyk? Położna?” Lekarka jej odpowiedziała, że położna, ale że jakaś tam pani doktor stoi w opozycji do teorii wypowiadanych przez doradców i że nie mam jej słuchać. A ja na to, że przecież FiFi dostaje wysypkę jak tylko zjem jajko w postaci gotowanej lub smażonej, ale pani pediatra uznała, że skoro po zjedzeniu przeze mnie ciasta nic się nie dzieje, to musiał być przypadek (kutwa jaki przypadek?!prowadziłam zapiski, co i kiedy pochłaniałam i stan skóry FiFiego, i widać jak na dłoni, że biedaczysko nie toleruje mleka, masła, czosnku i jajek, ale przecież PANI DOKTOR wie lepiej). Bezuśmiechowa pielęgniara łypie na nas swoim groźnym spojrzeniem, każe rozebrać dziecko, położyć na wagę, odczytać wynik (przecież to ona powinna, ale dupskiem jej się nie chciało ruszyć) i kłuje mojego Pierworodnego, przez co on w ryk (nie duży, ale zawsze, przez co pielęgniara jest na mojej czarnej liście), a na koniec każe ubierać Fifola na korytarzu, bo kolejka jest (tu akurat wtrąciła się lekarka, że czekamy, bo ona jeszcze sprawdza w książeczce, czy jakbym ja się zaszczepiła na ospę (a jej zdaniem powinnam koniecznie, skoro jej nie przechodziłam), to czy mogę karmić – odpowiedź: chyba tak (sic!)). No tak mnie to babsko zdenerwowało, że aż wybiło z rytmu codzienności. Zezłościłam się na siebie wróciwszy do domu, że jej czegoś kąśliwego nie odpowiedziałam. Niby się usprawiedliwiam sama przed sobą, że to dla dobra Pierworodnego, żeby go czasem nie skrzywdziła bardziej, ale myślę, że powinnam jakąś szpilę jej wbić.

Aha, a na koniec pani doktor raczyła ponownie wspomnieć, że następne szczepienie w 13 miesiącu i żeby uzbierać trochę pieniążków na skojarzoną szczepionkę. Witki mi opadły, bo przecież mówiłam już, że nie o kasę tu chodzi, ale kiwnęłam głową i opuściliśmy ten przybytek zwany POMOCĄ zdrowotną.

I kogo tu słuchać? Pediatry? Doradcy laktacyjnej? A może prawda jest gdzieś pośrodku?Od czego zaczęłyście wprowadzać pokarmy stałe? Jak dla mnie logiczniej wygląda plan przygotowany przez moją położną – przynajmniej jest to jakiś plan! Ale w przyszłym tygodniu idziemy do pediatry alergologa, zobaczymy co ona nam powie.

Recenzja otulacza Woombie

4

Czas na pierwszą recenzję, która dotyczyć bedzie otulacza Woombie. Jest to produkt rodem z Ameryki, który ma za zadanie uprzyjemnić życie Maluszkowi (i Rodzicom), poprzez ciasne otulanie przypominające te z łona matki. Dystrybutorzy produktu reklamują go jako pogromca kolek i ułatwiacz zasypiania. Dostępny jest w różnych kolorach i wersjach, w trzech rozmiarach: dla wcześniaczków do 2,5 kg, od 2,5 do 6,5 kg oraz od 6,5 do 9 kg. Jako, że kolki nas szczęśliwie nie dotyczyły, nie jestem w stanie zweryfikować ich przydatności pod tym kątem. Niestety z zasypianiem mieliśmy ogromny problem, a jak wiadomo tonący brzytwy się chwyta, więc spróbowaliśmy, bowiem zawijanie kocykiem było mało efektywne – Filip w kilka minut potrafił się z niego wywinąć. Zakupiliśmy najpierw Woombie Girraffe, używane za 70 zł, ale używaliśmy tylko kilka razy, ze względu na upały – Filip bardzo się w nim pocił. Ponieważ nie znalazłam opcji używanego letniego woombie, zakupiłam nowy Woombie Onesie, za 139 zł.  Sprawdził się znakomicie przy usypianiu naszego wierzgającego Filipa. Bez niego Filip nawet jeśli zasnął, to szybko się wybudzał, machał rączkami, często zadrapywał, a dzięki otulaczowi śpi nawet 7 godzin bez karmienia :-)

woombie giraffe

woombie giraffe

 

Woombie onesie

Woombie onesie

 

Zalety:

  • Materiał jest przewiewny.
  • Szybko wysycha po praniu.
  • Bogata kolorystyka.
  • Pomocny w usypianiu.

Wady:

  • materiał się szybko mechaci
  • otulacz nie otula aż tak ciasno jak zapewnia producent. Filip już po czterech dniach użytkowania wystawił paluszek górą (chyba, że akurat nasz synek jest taki silny ;) )
  • wysoka cena

Za wadę można by uznać też to, że dziecko wygląda w nim jak  w kaftanie bezpieczeństwa, co na przykład bardzo nie spodobało się mojej mamie, jednakże przecież nie wygląd ma tu znaczenie.Myślę, że będziemy mieć problem z odzwyczajeniem Maluszka od otulacza. Model Onesie, który użytkujemy, ma możliwość odpięcia boczków i wystawienia rączek, ale jeszcze tego nie testowaliśmy. Na razie faktycznie dziękuję temu, kto wynalazł Woombie!

Połóg – już sam wyraz brzmi tak, że można by nim straszyć dzieci, więc mogłam się domyślać, że różowo nie będzie. Co tam domyślać! Przecież wokół wszyscy mówili, że „po porodzie dopiero się zacznie” (ale co konkretnie?), że „będzie hardcore” (ale w jakim sensie?) itd. Znowu w swojej naiwności myślałam, że przesadzają, straszą, że przecież jak już się spotkamy z naszym Maleńswem, wkroczymy na drogę uśmiechu i wszechogarniającej Miłości. Dopuszczałam do siebie możliwość nieprzespanych nocy, ale żeby aż tak? Ale od początku…

Po dość wyczerpującym porodzie (o którym pisałam wcześniej) zaczął się kolejny rozdział naszego życia – odtąd w trójkę. Niewiele pamiętam z pierwszej nocy, w końcu we krwi nadal krążyło mi znieczulenie, podawano mi środki przeciwbólowe i schodził ze mnie stres porodowy, więc dopadło mnie zmęczenie i senność. Kojarzę, że przez bliżej nieokreślony czas leżałam sama w sali (wykupiliśmy jedynkę) i czekałam na męża, który kangurował Filipka. Może nawet się zdrzemnęłam. W końcu na mojej piersi wylądował synek i rozpoczął swój pierwszy posiłek. Położna zapytała, czy chcemy, aby po jedzeniu zabrano małego do pokoju maluchów, żebyśmy odpoczęli, ale my w swojej naiwności pomieszanej z radością i poczuciem dumy stwierdziliśmy, że damy radę. Tak naprawdę, że mój mąż da radę, bo ja co najwyżej mogłam posłużyć piersią, ponieważ po cesarce kazano mi leżeć przez 12 godzin na wznak. Pamiętam, jak odliczał zużyte pieluchy: oto moja pierwsza przebrana pieluszka, oto druga, trzecia itd., aż w końcu przy ósmej przestał liczyć. Sen przerywany był karmieniami, pieluszkami, odwiedzinami położnych z pytaniem jak się czuję (przyznam tu szczerze, że po niemiłych okolicznościach porodowych była to miła odmiana) i w czym mogą pomóc (nawet zastanawiałam się, czy to, że nagle wszyscy są tacy mili nie wynika z chęci zatuszowania czegoś – taką mam podejrzliwą naturę). Nie czułam bólu(a może był, tylko w porównaniu z tym porodowym nie odczułam go jako ból), tylko niewielkie mrowienie w nogach, związane z oczyszczaniem organizmu ze znieczulenia ( w tym celu podawano mi kroplówki). Słowem bajka – do czasu.

Problem pojawił się, kiedy kazano mi wstać i ruszyć pod prysznic. Co w tym trudnego? – pomyślałam i wykonałam skłon na mięśnie brzucha celem podniesienia się z łóżka. I tu zabolało. Właściwie bolał każdy kolejny ruch, a doczłapanie się przy wsparciu położnej zajęło mi chyba wieki. Pomimo tego, że przez ostatnie 3 doby kilka osób widziało mnie nagą, dziwnie mi było brać prysznic na oczach położnej. Wiem, że lekarze, położne, pielęgniarki, taki mają zawód i nie robi na nich wrażenia widok nagiej kobiety, ale mimo wszystko krępowało mnie to. Szczyt upokorzenia przeżywałam jednak przy każdej wizycie, kiedy musiałam pokazywać swoją ranę po cięciu i stan podpaski (swoją drogą, nadal nie rozumiem, dlaczego pomimo wykupienia jedynki, za każdym razem kiedy odbywała się wizytacja, mój mąż musiał wyjść…).

Kiedy już mogłam wstawać, wcale nie miałam na to ochoty. Chodziłam tip topami, w pozycji przypominającej goryla, a do tego kompilacja hormonów i panujących temperatur spowodowała, że pot spływał mi strugami po twarzy i plecach.

Filip sporo płakał. Sądziłam, że ma tak samo dosyć już tego szpitala jak ja (że w domu na pewno będzie spokojniejszy – SZCZYT NAIWNOŚCI),a on po prostu nie umiał odpowiednio się zassać, dlatego stracił ponad 10% swojej wagi, przez co zostaliśmy w szpitalu o jedną dobę więcej.

O karmieniu już pisałam, że nie było łatwo. Do domu wychodziłam z pękniętym sutkiem i przeświadczeniem, że jak tak dalej pójdzie, to przejdziemy na mleko modyfikowane. Na szczęście już po kilku dniach było lepiej, lepiej moim sutkom, bo ja sama wkraczałam na dotąd nieznane mi rejony wykończenia psychicznego i fizycznego.

Może byłoby łatwiej gdybym miała pod ręką którąś z babć? Ale obie daleko niestety… Pomagał mi jedynie mąż, starał się jak mógł, ale przez pierwsze 3 tygodnie płakałam średnio co 3 dni, ze zmęczenia, bezsilności i pod wpływem szalejących hormonów. Stałam ze łzami w oczach jak taka sierota nad nakarmionym, przebranym, wierzgającym i wydzierającym się w niebogłosy Filipem, który cichł tylko w czasie karmienia piersią. Wiec karmiłam co chwilę, byleby nie płakał, co zaowocowało tym, że inaczej nie potrafił się uspokoić. A że nie potrafił jeść w pozycji leżącej, polecanej przy karmieniu po cesarce, większość tego czasu spędziłam na siedząco. Każda próba odłożenia Maluszka do łóżeczka lub kołyski kończyła się płaczem. Ale o zasypianiu będzie osobno :-)

Widzieliście może tego demotywatora?

http://demotywatory.pl/4352930/Macierzynstwo

Podpisuję się pod wsztystkini punktami poza 3 i 4.

Trudny był dla mnie połóg, egzystowałam w trybie zoombie, ale każdy uśmiech Maleństwa dodawał sił i gdybym miała wybierać: bez połogu i Maleństwa czy przeżyć to jeszcze raz z Maleństwem, to przeżyłambym i dwa razy byleby był z nami.

A Wam jak minął połog?

Karmię piersią i jestem z tego dumna!* Jak to w przypadku sukcesów bywa, okupiony został łzami, a i „ojców” ma wielu. Ale od początku…

[Pierwszy ojciec sukcesu] Mam kuzynkę, propagatorkę karmienia piersią i zdrowego trybu życia, która napisała pracę o laktacji i która cztery miesiące przed porodem zadała mi pytanie:

- Chcesz karmić piersią?

- Chciałabym, jeśli się uda – odpowiedziałam, na co ona z pewnością odparła:

- Jeśli chcesz, to będziesz, tylko się odpowiednio przygotuj.

Otrzymałam od niej laktator elektryczny (do którego dokupiłam tylko części personalne, więc ominął mnie spory wydatek) wraz z listą potrzebnych rzeczy. Znalazły się na niej:

  • Krem z lanoliną
  • Kompresy chłodzące Multi Mum
  • Hasło przewodnie: Nie poddawaj się i nie zniechęcaj– dasz radę!

Zakupiłam wszystko co potrzebne, nawet biustonosz do karmienia i wkładki laktacyjne, a zauważywszy wyciek żółtawego płynu pod koniec siódmego miesiąca, utwierdziłam się w przekonaniu, że będę miała pokarm. Tylko jak się okazuje, mieć pokarm a karmić to dwie różne sprawy

Podczas zajęć w szkole rodzenia prowadzonych przez położną będącą doradcą laktacyjnym [drugi ojciec sukcesu], która nie wyobraża sobie, że kobieta nie karmi piersią i dla której tekst w stylu: „nie karmię, bo nie mam pokarmu” jest fałszem, dowiedziałam się, jakie przeciwności losu mogą mnie spotkać na drodze karmienia (nawał, zastój, bolesność sutków itd.). Później ta sama pani położna, pani Ania, przychodziła do mnie w ramach wizyt patronażowych, do czego wrócę.

Kiedy nadeszła chwila prawdy – godzinę po cesarce, kiedy przystawiono mi Maleństwo do piersi i zassał od razu [kolejny ojciec sukcesu- personel szpitala], pomyślałam: „cudownie! Wcale nie boli, o co tyle krzyku?” Dwie doby później, kiedy Filip stracił ponad 10% swojej wagi, pojawił się kusiciel sztucznego pokarmu w postaci jednej z położnych, która zapytała, czy nie zechcę dokarmić go chociaż raz mlekiem modyfikowanym. Kiedy odpowiedziałam, że chciałabym jeszcze popróbować zaczęto przystawiać mi synka niemal co chwilę, co zaowocowało wzrostem wagi, ale także rosnącą bolesnością sutków – pomogły wtedy kompresy. Jednakże karmienie na żądanie i osłabienie Maluszka powodujące słabsze ssanie nasiliły bolesność do tego stopnia, że zaczęłam się łamać w kierunku dokarmiania. Napisałam do kuzynki, że chyba nie dam rady, na co ona przysłała mi elaborat motywacyjny, który podniósł mnie na duchu. Niestety w dniu wypisu ze szpitala, w czwartej dobie życia Malucha, miałam już popękane sutki… Lekarka, która przygotowywała wypis [czwarty ojciec sukcesu], doradziła użycie nakładek na sutki, co faktycznie nieco złagodziło ból, a kiedy zapytałam jakie mleko modyfikowane powinnam użyć, spojrzała na mnie wymownie i powiedziała: „chce Pani karmić piersią? To po co Pani sztuczne mieszanki?” I nie podała żadnej nazwy.

Po powrocie do domu napisałam do Pani Ani, położnej środowiskowej: „proszę o szybką wizytę, mamy problem z karmieniem”. Zjawiła się następnego dnia, a był to dzień nawału i doradziła odciąganie pokarmu laktatorem, a następnie podawanie go synkowi strzykawką. Odciąganie było tym bardziej zasadne, że w prawej piersi robił się już zastój, a synek nadal nie ssał zbyt efektywnie. Dopiero wzmocniony dokarmianiem strzykawkowym zaczął po trzech dniach lepiej ssać – Pani Ania nauczyła mnie odpowiednio go przystawiać. Dzięki odciąganiu i smarowaniu kremem z lanoliną sutki się zregenerowały na tyle, że po tych trzech dniach wróciłam do karmienia synka piersią i tylko dwa razy na dobę mój mąż karmił go strzykawką (dzięki temu mogłam się drzemnąć chociaż trzy godzinki). Przy okazji wspomnę, że mąż [piąty ojciec sukcesu] przez cały ten czas nigdy nie poddał w wątpliwość moich działań, sam nie wspominał o mleku modyfikowanym, a kiedy ja o tym wspominałam padając na twarz, zmęczona nieustannym karmieniem lub wiedziona wątpliwościami czy mój pokarm jest wystarczająco kaloryczny on odpowiadał: „Twój pokarm jest na pewno odpowiedni, ale jeśli chcesz, pójdę kupić mm”.

Skąd wzięły się wątpliwości czy pokarm jest wystarczający? Otóż Filipek dużo płakał i uspokajał się tylko przy piersi. Widząc to, moja mama [kolejny kusiciel sztucznego pokarmu] zawyrokowała, że pewnie mam za mało pokarmu lub jest za słaby. Nie chciała źle, takie po prostu są babcie, tylko trzeba oprzeć się ich namowom. Wielokrotnie zresztą, poinstruowana przez panią Anię, powtarzałam jej jak i innym doradzającym mi mm, że nie ma czegoś takiego jak słaby pokarm, że skoro Filip przybiera na wadze (20 gram dziennie – mało, ale sukcesywnie), nie ma potrzeby dokarmiania.

Moja bratowa, kolejny kusiciel mm, pielęgniarka w szpitalu dziecięcym, przekonywała mnie, że słaby pokarm zdarza się często i że oni sprawdzają kaloryczność pokarmu w następujący sposób: kobieta odciąga pokarm do szklanki i po kilku godzinach sprawdza się, ile tłuszczu, a ile wody zawiera (mój na szczęście ma ¾ tłuszczu).

Ostatecznie i w mojej głowie pojawił się kusiciel mm, kiedy około 5 tygodnia u Filipka pojawiła się wysypka pokarmowa. Eliminacja produktów pokazała, że uczulają go truskawki, czosnek, mleko, masło i inne produkty mleczne oraz jajka. Gdyby wtedy ktoś dał mi mleko i gwarancję, że nie będzie miał po nim dolegliwości, pewnie skusiłabym się. Jednakże takiej gwarancji nikt nam nie da, co widać na forach internetowych. Mamy opisują tam ile prób i błędów kosztowało znalezienie odpowiedniego mleka modyfikowanego.

Minęły już ponad dwa miesiące. Synek przybiera nadal około 22 – 25 gram na dobę, a odkąd zaczął poprawnie ssać, karmienie nie boli i jest przyjemnością. Zaczynam wprowadzać z sukcesem nabiał do swojej diety.

W drodze do tego sukcesu towarzyszyli mi zarówno wspierający mnie ludzie [„ojcowie sukcesu”] jak i kusiciele mm. Za jednych trzeba dziękować, drugich po prostu nie słuchać.

 

*mam nadzieję, że mamy karmiące mlekiem modyfikowanym nie zrozumieją mnie błędnie – rozumiem, że bywają trudniejsze okoliczności, które skłaniają do zrezygnowania z karmienia piersią, jak choćby brak pokarmu w pierwszych kilku dobach lub brak wsparcia w rodzinie. To jest indywidualna decyzja kazdej z mam i nikt nie powinien jej oceniać.

 

 

Minęły dwa miesiące i zweryfikowałam troszkę listę potrzebnych rzeczy dla Maluszka. O wiele łatwiej jest z:

  • Przewijak z wanienką CEBA (komoda kąpielowa) – produkt 2 w 1, zajmuje mało miejsca i ułatwia kąpiele
  • Do pielęgnacji: Oillan baby (emulsja, po której nie trzeba używać kremów), Bephanten (do pupy), Nosalek i Sterimar (do noska), pieluszki Pampers Premium Care (nic się po nich nie dzieje), chusteczki biedronkowe Fitti (są właściwie nawilżone i nie za suche), szczoteczka do włosów, nożyczki (cążkami trudniej obciąć paznokietki i po tym jak nacięliśmy skórkę dwa razy, przerzuciłam się na nożyczki firmy Willkinson (te firmy canapol okazały się tępe)), Octenisept do pepka na wieczór, a rano przemywaliśmy wacikami nasączonymi alkoholem (szybciej się tak goi), patyczki do uszu używane do oczyszczania pępka.
  • Nasz Maluch ma bardzo silną potrzebę ssania – wybawieniem okazał się smoczek Soothie firmy Avent (do kupienia tylko na Allegro) – żadnego innego synek nie chce, a przy nim się uspokaja. Wcześniej próbowaliśmy smoczków firm Tommy Type, innego firmy Avent oraz Lovi, ale nie załapywał ich, bądź szybko wypluwał. Dodatkowo w usypianiu pomógł nam otulaczek Woombie (nasz synek jest bardzo ruchliwy i tylko dzięki Woombie potrafi przespać większość nocy)
  • I w końcu coś, czego żałuję, że nie przeczytałam będąc jeszcze w ciąży: „Zaklinaczka dzieci” i „Język niemowląt” Tracy Hogg – dzięki tym książką zrozumiałam dlaczego płacze nasze Maleństwo oraz ustabilizowałam nasz dzień (o czym napiszę osobno), a także jestem w stanie napisać ten post ;-)

Jeśli chodzi o karmienie piersią to korzystałam lub nadal korzystam z :

  • Laktatora elektrycznego MEDELA (bez niego nie dałabym rady)
  • Poduszki, której używałam w ciąży (teraz świetnie się sprawdza przy karmieniu)
  • Osłonki na sutki firmy Tommy Type (przydaly się w pierwszym tygodniu karmienia)
  • Krem Maltan na sutki
  • Kompresy Multi Mum – bardzo pomogły na obolałe sutki
  • Biustonosze bawełniane bez fiszbin
  • Wkładki Canapol
  • Butelka antykolkowa Tommy Type (do dokarmiania odciągniętym pokarmem)

Niby karmienie piersią nie kosztuje, ale na początku to spory wydatek… O karmieniu piersią też napiszę osobny post, bo to temat rzeka…

Co do ubranek… to faktycznie mamy ich za dużo i niektórych nie założę synkowi, bo przy obecnych upałach nosi jedynie body na naramkach. Zupełnie nie sprawdziły się zakupione pajacyki, które mają rozpięcie jedynie na dole, o wiele bardziej funkcjonalne są te rozpinane na całej długości. Nasz synek nie toleruje zupełnie skarpetek – zrzuca je po 5 minutach, a zatem chcąc założyć mu coś na nóżki sprawdziły się albo śpioszki albo spodenki ze stópkami (miałam więcej tych bez stópek – leżą odłogiem). Kaftaniki i bluzeczki też za bardzo nieruszone. Najczęściej używamy body i pajacyki (dziecko nie męczy się tak przy ich zakładaniu i ściąganiu) czyli około 1/3 naszych zasobów. Wszelkiego rodzaju pięknie wyglądające kompleciki zazwyczaj okazały się niepraktyczne, ciężkie w ubraniu bądź za sztywne i niewygodne.

Niepotrzebne też zakupiłam już pościel i powłoczki na nią – do roku dziecko powinno leżeć bez podusi, a latem kołdra jest za ciepła, więc przykrywamy go cieniutkim kocykiem.